Music

poniedziałek, 10 listopada 2014

Rozdział 10 - Metalicana

NOOOO w końcu ! Gomena ! Wiem, że zajęło mi to dużo czasu :( Ważne jednak jest to, że mi się udało ! Nevado, mam nadzieję, że nie jesteś za bardzo na mnie zła ^_^. Wiedz, że motywujesz mnie do dalszego pisania ;)


                                           Levy ( Tydzień później )


     Minął tydzień od wyrwania mnie z rąk podłego Shina, dzięki specjalnym maściom od Violi moje rany goiły się szybko, jednak to nic w porównaniu z leczącym dotykiem Wendy, na której brak narzekaliśmy. Na moje szybkie dojście do zdrowia składało się również opieka, którą roztoczył nade mną Gajeell. Nie pozwalał ruszać mi się z łóżka, gdy mówiłam, że nie jestem głodna zaczynał mnie karmić, jakbym była małym dzieckiem.  W sumie, było to słodkie, więc się na to godziłam, w każdym jego geście widziałam to, jak bardzo mnie kocha.
       Była dziesiąta rano, zaczęliśmy się pakować, a tak dokładnie, to on pakował swoje rzeczy i moje, nie pozwalał mi się przemęczać, a przecież większość opatrunków zniknęła, został tylko ten na barku, który czasami mnie pobolewał oraz miałam poprzyklejanych kilka plastrów.
      Właśnie siedziałam na łóżku, a on składał ... tak, składał moje sukienki w kostkę ! Chociaż nie wyglądało to pięknie, liczył się fakt, że próbował. Z uśmiechem oglądałam jego poczynania, urocze były jego starania, dlatego mu nie przerywałam.
- Dałbyś mi jakąś sukienkę ? Nie pokażę się w pidżamie ... - spytałam ze śmiechem.
      Spojrzał na mnie zdziwiony, przejechał spojrzeniem po moim ciele, dopiero uświadomił sobie, że mam na sobie tylko niebieską koszulkę, w której spałam. Koszulkę...o cholera, czemu nie jestem zakryta kołdrą ? Koszulka sięgała do połowy ud, więcej odrywała niż, zakrywała. Jego wzrok zatrzymał się powyżej moich kolan, w jego oczach zobaczyłam pożądanie. W ciągu tego tygodnia jedynie całowaliśmy się, niemal ciągle siedział w moim pokoju, wychodził tylko wtedy, gdy chciałam się przebrać i umyć, przy tym pomagała mi Lucy. Nie zostawał także na noc, wiedział doskonale, że jestem speszona, więc nie naciskał mnie, w żaden sposób nie chciał, bym czuła się zawstydzona.
     Na moich policzkach zakwitły dziewicze rumieńce, ale ty razem nie wycofał się, tylko nadal wbijał we mnie swoje spojrzenie. Zaczął się przybliżać, uklęknął na ziemi tak, że nasze twarze znalazły się dokładnie na przeciwko siebie, nasze nosy dzieliły zaledwie dwa centymetry. Moje serce biło jak oszalałe, ale nie odsunęłam się, chciałam jego bliskości, długo czekałam na niego, dlatego nie potrafiłam sobie odmówić.
     Nasze wargi zetknęły się w czułym pocałunku, jego wargi były przyjemnie ciepłe i wilgotne, zadrżałam, gdy nasze języki zetknęły się niepewnie. Powoli czułam w sobie coraz większą odwagę, ujęłam jego twarz swoje drobne dłonie i przyciągnęłam jeszcze bliżej. Z jego ust wyrwało się westchnięcie, co jeszcze bardziej mnie podnieciło, wsunęłam swój język do jego ust, splotłam z jego własnym. Sięgnęłam po jego rękę i położyłam na moim udzie, pokazując tym, że daje mu pozwolenie, aby mnie dotykał. Jego dłoń sunęła leniwie po moim ciele, delikatne pieszczoty sprawiły, że zaczęłam szybciej oddychać. W końcu zawędrował do tasiemek moich majtek, jęknęłam przeciągle. Doprowadzał mnie do szału, o czym doskonale wiedział, bo przerwał na chwilę pocałunek, by się zaśmiać. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy, Gajeell był tak samo rozgrzany jak ja. Nie kontynuował całowania się, tylko jego dłoń nie poprzestała pieszczot, delikatnie muskał mnie po wewnętrznej stronie ud, które zacisnęłam lekko. Zaczęłam pojękiwać, Gajeel uśmiechnął się chytrze, widać podniecało go to.
-Gajeell, nie mogę już ... - jęknęłam.
    Zlitował się nade mną, przez materiał bielizny dotknął mojego intymnego miejsca, potem wsunął swoje palce pod majtki, kilka jego ruchów sprawiło, że wygięłam się w łuk. W ekstazie wykrzyknęłam jego imię i padłam na łóżko. Gajeell pochylił się nade mną, uśmiechał się słodko, a ja spłoniłam się. Na pewno byłam czerwona na całej twarzy, zamknęłam oczy z zażenowaniem. Jego dłoń -ta, która mnie pieściła dotknęła mojego policzka.
- Przepraszam - szepnął ze skruchą.
- Co?!
- Prze ze mnie czujesz się zażenowana.
- To nie tak! Sama Ci pozwoliłam, nie żałuję tego. - dla podkreślenia słów pokręciłam głową.
- Ale ...
- Po prostu, pierwszy raz coś takiego przeżywam. Jestem dość śmiała, ale jeśli chodzi o coś takiego, no to lipa...
- Nie musisz się mnie wstydzić. Możesz mówić i robić co zechcesz, przy mnie nie musisz się niczego bać.
- Wiem, teraz to wiem.
    Leżeliśmy koło siebie jeszcze przez chwilę, potem poszłam wziąć prysznic, ubrałam się najładniejszą sukienkę jaką miałam i poszliśmy po Natsu i Lucy.

***
   
   Szliśmy razem za rękę przez korytarz hotelu, kiedy wpadliśmy na całujących się Natsu i Lucy, o mało nie zbijając ich tym z nóg. Gajeell i ja stanęliśmy jak wryci, nasze stopy wrosły w podłogę. Zażenowani Natsu i Lucy wbili wzrok w podłogę, nie puszczając przy tym swych dłoni. Nie spodziewałam się czegoś takiego, ale cieszył mnie ten widok.
- Co wy tacy spłoszeni ? Hę? - spytałam ze śmiechem.
Pierwsza odezwała się Lucy.
- No bo, wczoraj powiedzieliśmy sobie prawdę ...
-... udzielił nam się nastrój - dokończył rozbawiony już Natsu.  Lucy szturchnęła go łokciem w brzuch, biedak skulił się z bólu.
- Ehh, czy musimy się tłumaczyć ? - spytała rozdrażniona blondynka.
- Nikt wam nie każe, ale radzę się pospieszyć, za pięć minut odpływa statek.
    W czwórkę ruszyliśmy do portu, czekała nas długa podróż powrotna do domu, do przyjaciół z kochanego Fairy Tail.
   W końcu znaleźliśmy się na statku, Gajeel lekko pozieleniał, dlatego w czasie naszej podróży wtulałam się w niego. W końcu kazałam mu położyć głowę na moich kolanach, rytmicznie przeczesywałam jego włosy, dzięki temu oddychał spokojniej, nie wyglądał na chorego.
- Jesteś cudowna, nawet choroba lokomocyjna z Tobą przegrywa.
  Uśmiechnęłam się do niego z czułością, miałam go pocałować, gdy nagle zrobiło się ciemno. Czyżby zaćmienie słońca? Nim spojrzałam w niebo, usłyszałam spanikowane krzyki pasażerów statku, kobiety uciekały z przerażeniem pod podkład.
   Gdy uniosłam swe spojrzenie ku górze ujrzałam coś dziwnego, było czarne i ogromne...
- Gajeell ! - potrząsnęłam go za ramię, szybko otworzył oczy.
   Usiadł i również spojrzał w niebo, w jego oczach ujrzałam strach, a zarazem zachwyt.
- Co to jest ? - spytałam przestraszona.
- To smok !
    Zwierzę zapikowało, leciało prosto na nas, sama na własne oczy przekonałam się, że to smok. Zobaczyłam czarny pysk, który rozwarł się ukazując ogromne, wyglądające na bardzo ostre, kły. Jego łuski odbijały światło jak metal. Czekaj ...metal ?
- Levy ... To Metalicana ! No nie wierzę! - wykrzyknął zachwycony, mina mu zrzedła, gdy smok wyciągnął w naszą stronę szpony.
    Gajeell objął mnie szybko, w razie, gdyby miało mi się coś stać. Smok nie zwalniał, nie wyglądało na to, że wpadł do nas z przyjacielską wizytą. Rozwarł swe szpony i szybko złapał w nie naszą dwójkę, błyskawicznie uniósł się w powietrze, krzyknęłam przerażona. Gajeell spojrzał na mnie, w jego oczach widziałam zdziwienie.
- Boję się - szepnęłam.
- Nie bój się, cokolwiek się stanie, gdy wylądujemy, ochronię cię. - powiedział ze stanowczością w głosie.
   Coraz słabiej słyszałam krzyki przerażonych Natsu i Lucy, przywarłam do mojego ukochanego i czekaliśmy, na to, co nowego przyniesie nam przewrotny los. Unosiliśmy się coraz wyżej, zamknęłam oczy, bałam się, że w pewnym momencie smok wypuści nas, abyśmy roztrzaskali się na ziemi. Nie wiem ile czasu minęło, cały czas trzęsłam się ze strachu, przed tym, co nas czeka. Najbardziej bałam o Gajeella, co szykowało dla niego Metalicana.




poniedziałek, 3 listopada 2014

MOI DRODZY !

Wiem, że rozdziały pojawią się rzadko, ale to przez naukę ! Liceum to ... ahhh szkoda gadać  ;__; Kolejny rozdział pojawi się w tym tygodniu, albo najpóźniej 11 listopada ! GOMENA SAI ! Obiecuję, że to nadrobię, może nawet dwa rozdziały wstawię ;))) Na przeprosiny śliczne obrazki ! *____*




                       
 



                                             

      



ONI SĄ UROCZY !!!


środa, 29 października 2014

Rozdział 9 - Obietnica

 Także tego... wiem, wiem... robię długie przerwy między rozdziałami :( Szkoła nie pozwala mi pisać tyle, ile bym chciała napisać ;___; No ale, nie będę smutać , tylko biorę się do roboty  ;) Kolejny rozdzialik dedukuję wspaniałej Nevadzie-chan ;) Dziękuję za Twe miłe słowa, które motywują do dalszego pisania ;) Mam nadzieję, że Ci w szczególności spodoba się rozdział ;)


                                                                      Levy

    Całował mnie z taką pasją, o jaką bym go nie posądziła. Jego wargi nie odrywały się od moich, nie byłam w stanie nic zrobić, brakło mi sił, aby przyciągnąć go bliżej siebie. Jego dłoń zawędrowała na moje udo, które minimalnie okrywała podarta sukienka. Zaczął kreślić kółka na nim, delikatnie pieścił moją skórę, przyprawiają tym mnie do dreszczy. Nie mogłam myśleć, mój zdrowy rozsądek uleciał w sekundę pod wpływem jego dotyku. Nie rozumiałam do końca, co się dzieje, to przypominało jeden z moich snów.Czyżby znowu zadziałała moja wyobraźnia ?
    Gajeell przez przypadek tracił mnie ręką w obolały bark, z moich ust wyrwał się cichy syk bólu, natychmiast oprzytomniałam. Gdy otworzyłam oczy zobaczyłam jak mój ukochany siedzi, pochylając się nade mną ze zmartwieniem. Jego oczy taksowały moją twarz i resztę ciała, sprawdzał, czy nie zrobił mi krzywdy, mimo to zarumieniłam się.Spojrzał na moje rumieńce, który wykwitły przez samo jego spojrzenie. Uśmiechnął się głupio, ale nadal nie odrywał ode mnie wzroku. " Co się dzieje ?"
   Wszystko co się przed chwilą stało, nie było snem, szok nie pozwalał mi na wypowiedzenie jakichkolwiek słów. Zamurowało mnie, gapiłam się na niego jak ciele w malowane wrota, nie mogąc zrozumieć, dlaczego oddał mój pocałunek? Czemu nie krzyczał, nie oderwał mnie od siebie...? Skąd ta zmiana jego nastawienia w stosunku do mnie? Czyżby odwzajemniał moje uczucie? Nie, to głupie... dlaczego teraz?
-Albo całuję tak dobrze, że nie ma słów, aby określić mój wyczyn, albo tak źle, że wolisz milczeć ? - powiedział rozbawiony, przez jeszcze bardziej byłam skołowana. -Może spróbujemy jeszcze raz?
  Kpił sobie ze mnie, bawił się mną, może to była kara, za to, że musiał mnie ratować ? Nikt tak nagle nie zmienia zdania, jego zachowanie było podejrzane. Być może litował się nade mną, nie chciał, żebym cierpiała?
   Tysiące pytań pojawiło się w mojej głowie, moje rozmyślania przerwał Gajeell.
- Hmmm, zobaczymy więc.
   Przybliżył się do mnie, musnął mój policzek, który momentalnie zrobił się mokry od moich łez. Gajeell natychmiast spojrzał na mnie, patrzyliśmy sobie w oczy, moje były pełne łez. Byłam zagubiona.
- Levy? O co chodzi? - spytał zatroskany.
- Nie musisz udawać, wiem o co ci chodzi, litujesz się nade mną - odpowiedział ze słyszalną goryczą w głosie.
-Co rozumiesz przez udawanie i litowanie się ? Zgłupiałaś ?
- Jak to jest, że tak nagle chcesz mnie całować ? Hmm ? Patrzysz na mnie w ten sposób, jakbym coś dla ciebie znaczyła.
- Bo znaczysz i to bardzo wiele!
- Nie wciskaj mi kitów - fuknęłam, nie wierzyłam mu.
- Jak mógłbym udawać coś takiego ? Czy ty siebie słyszysz ? - mówił coraz ostrzejszym tonem. 
- No właśnie... jak możesz udawać coś takiego ? - rozpłakałam  się, łzy obywały moje okaleczone policzki.
    Skuliłam się na łóżko, zaczęłam się trząść, nie tylko z rozpaczy, ale i złości na samą siebie. Gajeell nigdy nie powinien dowiedzieć o tym co czuję. Wszystko popsułam, teraz nie będziemy się nawet przyjaźnić, cokolwiek nas łączyło przed moją ucieczką, zostało utracone. Nie mogłam patrzeć na to jak bardzo się stara, jak próbuje mnie uszczęśliwić.
     Jego dłoń opadła na moją głowę, pogłaskał mnie, ale szybko odtrąciłam jego rękę, spojrzałam na niego i zebrałam sobie całą złość, która we mnie była, skierowałam ją przeciwko niemu.
- Odejdź i nie rań mnie już więcej !
   Wyglądał tak, jakbym go spoliczkowała, w jego oczach kryło się niedowierzanie, zrobił dwa kroki do tyłu.
- Jesteś tego pewna ?
- Tak. Zostaw mnie, proszę - kolejna łza spłynęła po moim policzku.
    Skierował się do drzwi, chwycił klamkę, przytrzymał na niej dłoń na dłuższą chwilę. Sprawiał wrażenie przybitego, tak słabego, że przez myśl mi przeszło to, żeby go zawołać. Powstrzymałam się przed tym, chciałam zostać sama z moimi myślami.
    W końcu otworzył drzwi, wychodząc miałam wrażenie, jakby zabrał ze sobą część mojego serca. Jego zgrabne, silne ciało znikło za drzwiami. W moim sercu zrodziła się pustka, taka sama, wtedy jak byłam przywiązana do drzewa. Czułam się przeraźliwe samotna,  nie miałam już nawet siły na rozpaczanie, po prostu wbiłam wzrok w sufit, myśląc, jak bardzo moje życie się posypało. Z jednym wydarzeniem, mury mojego świata runęły, wpuszczając do środka cierpienie. Nic już mnie nie chroniło, nic i nikt nie stał przede mną, aby mnie chronić.
     Myślałam o tym, jak patrzałam na mnie Gajeell. Czy był wstanie tak dobrze udawać ? Może istniała nadzieja, iż chociaż trochę mu zależy... Można mówić słodkie kłamstewka, grać role, niczym aktor na scenie, ale oczy zawsze mówią prawdę.
     Kochałam Gajeella, za jego odwagę , ryzykowanie życia dla swoich przyjaciół, nieustępliwość w pewnych sytuacjach, cięty język, którym raczył, każdego dookoła, nieprzeciętną inteligencję i dobry humor, towarzyszący mu, nawet w najbardziej kryzysowych sytuacjach. Przede wszystkim kochałam jego spontaniczność i szczerość, nigdy nie ukrywał się ze swoim zdaniem. Dlaczego więc nie chciałam mu uwierzyć ? Po prostu, trudno było mi rozumieć to, co robił i mówił, było prawdziwe, nie udawane.
      Przecież mogłam go wysłuchać, po raz etny nie dałam mu dojść do słowa, liczyło się tylko moje zdanie. Czyżbym była egoistką ?
     Nie mogłam tak leżeć i użalać się nad sobą, musiałam porozmawiać z Gajeell'em, inaczej mogłam tego gorzko pożałować. Chciałam także podziękować mu za ratunek, za bardzo myślałam o sobie...
     Z trudem wstałam z łóżka, postawiłam gołe stopy na miękkim dywanie. Wyszłam na pusty korytarz, od dobrych kilku godzin nic nie jadłam, dlatego lekko zataczałam się na jego ściany.
-Gajeell ? - wypowiedziałam jego imię z nadzieją,  że mnie usłyszy.
     Powoli uchodziła ze mnie wiara w to, iż go znajdę. Na pewno był zły na mnie i wyszedł z hotelu, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby coś takiego zrobił. Usiadłam na schodach, stąd miałam widok na wejście, a przez duże okna widziała sporą część okolicy. Oparłam głowę na barierce. Czekałam na jego przyjście, tylko to mi pozostało, nie miałam szans na to, aby go znaleźć. Nie wiadomo, gdzie się zaszył.
     Nie czekałam długo, zobaczyłam jak wchodzi do środka, głowę miał spuszczoną na dół, dlatego też, nie zobaczył mnie siedzącej na schodach. Wstałam, dłonie lekko mi drżały, chciałam to wszystko dobrze rozegrać, musiałam się postarać, wysłuchać tego co ma do powiedzenia.
    W końcu mnie zauważył, szybko wbiegł po schodach i chwycił mnie za łokieć. Spojrzał na mnie ze złością.
- Czemu nie odpoczywasz? Jesteś ranna. - mimo złości, znowu usłyszałam troskę w jego głosie.
- Muszę z tobą porozmawiać, teraz...
- Tak ?
- Na początku chcę ci podziękować za ratunek, nie musiałeś tego robić.
- Nie dziękuj, zrobiłbym to po drugi. Zrobiłbym dla ciebie wszystko - wypowiedział te słowa z absolutną szczerością.
    W moim sercu zakwitła radość. Uśmiechnęłam się do niego,  odpowiedział mi tym samym.
- Chcę także przeprosić cię, za moje zachowanie. Po raz kolejny nie dałam ci szansy na wytłumaczenie pewnych spraw. Byłam głupia. Jednak muszę wiedzieć, czy ten pocałunek był szczery. Błagam, powiedz prawdę.
     Zacisnęłam zęby, wstrzymałam oddech, nawet nie wyobrażałam sobie, że może mi powiedzieć coś takiego.
- Prawda jest taka Levy...nigdy nie wierzyłem, że spotkam kogoś, kto mnie pokocha, kto podaruje mi swoje serce, dlatego zamknąłem się na te uczucia. Byłem czasami chłodny w stosunku do ludzi, którzy byli dla mnie mili. Ty pierwsza się nie podawałaś z dotarciem do mnie, do mojego serca. - jego dłoń spoczęła na moim policzku, westchnęłam. - Nawet nie wiesz, jak się czułem, gdy powiedziałaś mi, że mnie kochasz, w prost nie mogłem w to uwierzyć. Czułem się tak jakbym dostał w głowę bardzo silnego kopa. Dlatego nic ci nie odpowiedziałem, po prostu zszokowałaś mnie, rozumiesz? Jak tak wspaniała kobieta jak ty, mogła pokochać mnie ?
    W jego głosie słyszalna rozpacz, cierpiał przez to, że zbyt bardzo myślałam o sobie, o swoich uczuciach.
Bałam się jego reakcji i uciekłam, wplątałam się w niebezpieczeństwo, potem odrzuciłam go, bo nie chciałam mu uwierzyć. Jakim cudem, on jest wciąż przy mnie?
-  Gajeell, kocham cię. Jesteś warty tej miłości, jesteś wspaniały, nie powinieneś tak źle o sobie myśleć .
    Z czułością dotknęłam jego policzka, czekałam na jego reakcję na moje słowa, nie odsunął się, gdy się do niego przybliżyłam. To, że mnie odepchnął wzięłam za dobry znak. Nasze usta się spotkały w namiętnym pocałunku, musnęłam jego wargi, językiem delikatnie przejechałam po jego dolnej wardze, smakowałam słodyczy jego ust. Powoli nasze języki się zetknęły, ocierały się o siebie wywołując jęki rozkoszy. Przesunęłam się bliżej, musiałam stać na palcach, aby go całować, widząc to, Gajeell podniósł mnie góry obejmując w tali. Zaśmiałam się, mogłam z łatwością wpleść palce w jego gęste włosy, trzymałam jego twarz przy swojej, nie zamierzałam jej puścić.
- Kocham Cię, Levy - wyszeptał mi tuż przy ustach.
    Chcąc potwierdzić prawdziwość swych słów, wpił się w moje usta. Mimo, że niemal na całym ciele miałam rany, nic mnie nie bolało, nie myślałam o niczym innym, niż o tym jak bardzo pragnę żyć dla niego.
    Przerwał pocałunek i nadal trzymając mnie w objęciach, powiedział na wpół z  rozbawieniem, na wpół z powagą..
- Wiesz, początek naszej znajomości nie można zaliczyć do najlepszych, w końcu przykułem cię do drzewa...Nigdy nie wybaczę sobie tego, co ci zrobiłem - nagle się uśmiechnął - Teraz jedynie na co mam ochotę, to na  przykucie  Cię do łóżka.
    Spojrzałam na niego osłupiała, na pewno byłam czerwona jak burak, widząc to zaśmiał się głośno.
- Szkoda, że nie widzisz swojej twarzy. Jesteś taka urocza. - zaśmiał się, miałam wrażenie, iż zaraz się spalę.
- Bardzo śmieszne - mruknęłam.
- Dla mnie tak...
- Nie żartuj sobie ze mnie - fuknęłam, jak rozwścieczona kotka.
- Musisz się przyzwyczaić, bo już mnie nie pozbędziesz. Będę przy tobie już na zawsze.
    Nasze oczy się spotkały, czas się zatrzymał, istnieliśmy tylko my, w tamtej chwili, bez słów, po przez spojrzenie powiedzieliśmy sobie wszystko.
- Obiecujesz? - spytałam - Nie zostawisz mnie ?
- Nigdy, Levy... nigdy. Nic już nas nie rozdzieli.

 
  





wtorek, 14 października 2014

Rozdział 8 - Szok

Ohayo mina!  Co tam u was słychać ? Czy i Wam też tak czas szybko leci, że ledwo co, możecie nacieszyć się daną chwilą... Bo ja tak mam... wszystko jest takie ulotne, dlatego należy wziąć się za siebie i nie odkładać pewnych spraw. Zatem piszę specjalnie dla was kolejny rozdział, z nadzieja, że się spodoba.

Pozdrawiam, Niku-chan :*


~

                                                                   Gajeell

   Jej drobne ciała prawie znikało w moich objęciach, była taka krucha i bezbronna, tak nie wiele trzeba było, żeby ją zranić. Dlatego obiecywałem sobie, że będę ją chronić, przed wszystkim, co stanie na jej drodze, pragnąłem być dla niej wsparciem, a nie kimś przez kogo cierpi. Widząc jej łzy, które obywały jej delikatną, mleczną cerę, czułem się strasznie bezradny, w obliczu jej cierpienia robiłem się strasznie malutki. Co mogłem zrobić, aby była znowu tą szczęśliwą, pełną energii i gotową do działania dziewczyną, wtedy, gdy ją poznałem ?
   Męczyły mnie myśli, przez całą drogę do hotelu, w którym wcześnie Lucy znalazła rzeczy Levy, rozmyślałem nad tym co mogę zrobić, co mogę powiedzieć, żeby więcej nie zranić dziewczyny, która była zdolna, do tego by mnie pokochać. Przecież, jak powiem, że ją kocham, nie uwierzy mi, ale wcześniej nie dała mi szansy na to, więc...
   Po pierwsze, musiałem się zając jej ranami, gdy tylko weszliśmy do hotelu, podbiegła do nas przestraszona recepcjonistka, zapewne widziała nas z daleka i zaniepokoiła się, tym, że niosę pobitą dziewczynę. Z jej zachowania wynikało, że widziała już Levy.
- Jestem Viola, czy mogę jakoś pomóc? - spytała szczerze zmartwiona kobieta.
    Za moich pleców wyszła Lucy, która wyjaśniła Violi, że była tu już wcześniej, aby dowiedzieć się, czy nie zatrzymała się tu jej przyjaciółka. Kobieta podbiegła do swojego stanowiska pracy, wróciła z kluczami  w dłoni.
- Chodźcie za mną, mam dla was dwa pokoje - jeden podała Lucy, która wydawała się być spłoszona.
    Wyszło na to, że ma zatrzymać się w jednym pokoju z Natsu, a w pokoju obok ja z Levy. Poszliśmy na górę po schodach z marmuru, mimo, że hotel nie był duży, był bardzo piękny, zachwycał swym wyglądem. Podłogi wyłożone były błękitnymi dywanami w czerwone orientalne, niespotykane wzory, które przykuwały uwagę. Drzwi pokoju wykonane były z połyskliwego drewna, skrywały jak się okazało, bajkowy pokój. Cała ściana wychodzącą na północ, była zrobiona z gigantycznych okien, sięgających prawie do podłogi, dzięki czemu można było podziwiać świetlistą lagunę. Okna miały delikatne, koloru akwamaryny zasłony, które poruszały się lekko dzięki wiatru, wpadającemu, przez uchylone okno. Pod ścianą stało łóżko, które zajmowało większą część pokoju, okryte zostało narzutą koloru szafiru, obłoże " setkami" poduch o różnych odcieniach niebieskiego, które wyglądały na bardzo miękkie.
  - Apteczka jest w łazience, gdybyście czegoś potrzebowali bez wahania proście - wskazała na drzwi po południowej stronie pokoju, po czym wyszła.
     Podszedłem do łóżka i ułożyłem Levy delikatnie na wielkim łożu, uprzednio zrzucając jedną ręką część poduszek. Gdy ją położyłem z jej ust wydobyło się westchnięcie, wydawała mi się wtedy jeszcze delikatniejsza, była jak dmuchawiec, któremu wystarczyło lekki powiew wiatru, aby rozsypał się na cztery strony świata. Moja dłoń sama skierowała się do jej policzka, naznaczanego siniakami i prowizorycznymi opatrunkami. Zrozumiałem, że nie jeden raz ją bili, to zdarzało się często, na ranie powstawała kolejna rana, oczami wyobraźni mimowolnie, ujrzałem jak ten łotr okłada moją niebieskowłosą wróżkę, pięściami, usłyszałem krzyk, piękny głos, który przerodził się w dźwięk wyrażający ból.
    Zacisnąłem zęby, wściekłość wręcz ode mnie emanowała, nie mogłem się powstrzymać, pragnąłem coś zniszczyć, cokolwiek zrobić, aby uwolnić się od tego uczucia.
    Usłyszałem jęk, szybko skierowałem swój wzrok ku Levy, poruszyła się przez sen,może to przez sny, które zapewne nie były, zbyt kolorowe. Otrząsnąłem się, nie miałem czasu na rozmyślania nad tym co się stało, powinienem się nią zająć. Wziąłem apteczkę, którą jak mówiła Viola, była w łazience. Znalazłem najpotrzebniejsze rzeczy, czyli bandaże, gazy i różnego rodzaju maści. Powoli z wahaniem, sięgnąłem do starych opatrunków, aby je wymienić na świeże, porządniejsze od tamtych. Bałem się, że może ją to zaboleć, ale cóż gorzej będzie jeśli zostawię to tak, zapewne rany nie zostały dobrze przemyte. Zacząłem obywać zaschniętą krew, nakładem maści, aby wszystko dobrze się zagoiło, na całym ciele miała zadrapania, ale nie które z nich nie wymagały zabandażowania, więc tylko je oczyściłem. Wszystko robiłem powoli, nie spieszyłem się, chciałem, żeby było to zrobione dokładnie.
   Na koniec został bark, był cały posiniaczony, usiany fioletowymi plamami, jednak nie był zwichnięty, dlatego wystarczyła maść łagodząca i owinięcie bandażem. Gdy skończyłem spojrzałem na efekt moje pracy, wtedy się załamałem, Levy była niemal cała przysłonięta bandażami, było tak mało miejsc, gdzie jej gładka i nieskazitelna skóra, została nietknięta. Uklęknąłem na łóżku z pochyloną głową, mój żal i ból, wyraziły łzy, które zaczęły płynąć z mych oczu, pierwszy raz w życiu tak płakałem, nie mogłem powstrzymać szlochu. Byłem w rozsypce, kto by pomyślał, że taki silny facet jak ja, za jakiego mnie uważano, mógłby być takim wrażliwym.
  Położyłem się tuż przy niej, wbiłem swój wzrok w jej twarz i z myślą, że nie ma piękniejszej od niej, zasnąłem .


                                                          Levy

   Obudziły mnie promiennie słońca, które łaskotały moją twarz, również w pewnym momencie poczułam silne ramię, przyciskające mnie do łóżka. "Zaraz ... zaraz... Jakie łóżko i jakie ramię ?" Momentalnie otworzyłam szeroko oczy, mój wzrok zarejestrował, że znajduję się w ślicznym pokoju i leżę na na jeszcze piękniejszym łożu z baldachimem, a ramię, które przyciska moje ciało do niego należy do Gajeella ! Leżał na lewym boku, miałam więc wspaniały widok na jego twarz, która na co dzień, wyglądała na srogą, w tamtym momencie, wydawał się być takim łagodnym, nigdy nie widziałam go z tak spokojnym obliczem. Pasmo czarnych włosów opadło mu na czoło, moje dłonie aż się rwały, aby je odgarnąć, usta zwykle zaciśnięte w prostą linię, kusiły mnie do tego, abym przykryła je swoimi własnymi. Rozchyliłam lekko wargi i powoli zaczęłam zbliżać swoją twarz do jego, przy tym uważnie obserwowałam, czy się nie budzi, gdyby choćby drgnął odsunęłabym się. Jednak nic nie wskazywało na to, że się przebudzi, dlatego kontynuowałam swoją wędrówkę, zostało kilka milimetrów, moje serce bić jak oszalałe, nie zamierzałam się cofnąć, prze tą rozłąkę o mało nie zwariowałam, dlatego przez chwilę chciałam poczuć jego ciepło, poudawać to, że jest mój...
   Nasze usta się zetknęły, z przyjemności, która przeze mnie przepłynęła, zamknęłam na chwilę oczy, w myślach prosząc, by ta chwila trwała wiecznie. Poczułam wplatającą się w moje włosy dłoń i usta oddające mój pocałunek, czyżby moja wyobraźnia była, aż tak wybujała ? Nasze oddechy połączyły się ze sobą, jego ciepło przeszło na mnie, wywołując dreszcze rozkoszy. Czy tak sobie to wyobrażałam ? To było urzeczywistnienie moich głęboko skrywanych marzeń, właśnie śniłam i bałam się obudzić. Nie otwierając oczu oddawałam się przyjemności, moje palce wsunęły się w jego gęste włosy, przyciągnęłam go bliżej i wtedy usłyszałam jego jęk, momentalnie otworzyłam oczy, w jego własnych ujrzałam swoje odbicie.
   Spojrzałam na niego, zdziwiłam się, kiedy się uśmiechnął, zaczął się śmiać...
- Zaskoczona ?
  Słowo zaskoczona nawet nie wystarczyło, na to aby opisać, to jak się czuję. Czyżby drwił ze mnie ? Próbowałam odpowiedzieć sobie na to pytanie, ale on zrobił to szybciej, pocałował mnie, zachłannie zagarnął moje wargi, nie byłam w stanie myśleć, tylko czuć jego obecność. Pragnęłam tylko, żeby nie okazało się kolejnym z moich snów...











sobota, 27 września 2014

Rozdział 7 - Ratunek

GOMENA !!!! Nie było mi tu długo ;____; Jednak spróbuję to nadrobić kolejnym rozdziałem ;) Postaram się, aby był chociaż trochę dobry... Ehh... przepraszam, za tak beznadziejne słownictwo, ale naprawdę pracuję nad tym ^_^ Proszę Was o cierpliwość !


                                                        Levy




    Zobaczyłam zbliżającego się do mnie Shina, w jego poruszaniu się było coś drapieżnego, na myśl przychodził mi dziki kot polujący na swą ofiarę. Jego twarz wykrzywiał uśmiech, który nie miał nic wspólnego z miłym i pięknym uśmiechem Lucasa. Mimo, że byli braćmi bardzo się różnili, młodszy brat, Lucas był słońcem, które zostało przysłonięte przez starszego brata. W oczach tego drugiego zobaczyłam swoją nie pewną przyszłość, było w nich coś przerażającego, co sprawiło, ze zaczęłam się trząść , widząc to Shin uśmiechnął się szerzej, podniecał go mój strach. Nie mogłam pokazać przy nim słabości, więc zacisnęłam mocno zęby i uspokoiłam się na tyle, ile to było możliwe.
     Czubki jego butów dotknęły moich, szturchnął mnie w obite i obolałe kolano, czułam, że z moich ust chce wypłynąć jęk bólu, ale powstrzymałam się.
- Oh, biedna muszko ... Jaka szkoda tak ślicznej muszki, twoi przyjaciele nie za bardzo się tobą interesują. Powinni już być tutaj wczoraj wieczorem, a patrz toż to już jest następny dzień, może nawet twój ostatni. - zaśmiał się szyderczo, znęcanie się nad słabszymi od siebie, wydawało się być jego ulubioną rozrywką - Ha, kto wie ? Kto wie? Może w takim razie wybierzesz się ze mną na spacer, co? Dobrze by ci zrobiło, wyprostujesz plecy... Tak to dobry, nawet powiedziałbym, że wspaniały pomysł !
   Spojrzał na mnie, wiedział doskonale jak słaba jestem, nie byłam wstanie chodzić. Rzucił mi jeszcze jedno mściwe spojrzenie i zawołał dwóch swoich ziomków.
- Odwiążcie ją i załóżcie bransolety do zablokowania magii.
   Zaczęli mnie odwiązywać, gdy lina opadła poczułam, że łatwiej mi się oddycha, wpijała się we mnie tak mocno, iż nie mogłam dobrze oddychać, poczułam dużą różnicę. Wzięłam głęboki wdech, ale nie zdążyłam się nacieszyć tym długo, poczułam jak zapinają  mi bransolety, a w następnej sekundzie zostałam brutalnie postawiona na nogi, które od razu się pode mną ugięły. Shin chwycił mnie za łokieć i utrzymał w pozycji stojącej, nie mogłam się ruszyć, moje ciało wydawało mi się takie ciężkie, czułam jak do zesztywniałych nóg dopływa krew, było to dość bolesne doświadczenie.
- No, to idziemy. Powinnaś być wdzięczna, za to jak cię dobrze tu traktujemy...
- Według ciebie tak się traktuje ludzi, tak nawet nie wypada postępować ze zwierzęciem - odpowiedziałam mu z goryczą słyszalną w głosie, nie byłam w stanie ukryć swojej nienawiści do niego.
- Ty głupia i niewdzięczna, suko! - rzucił mnie na ziemię.
   Upadłam na prawy bok, obróciłam się z jękiem na plecy, coś chrupnęło mi w barku, upadając uderzyłam w wystający z ziemi kamień. Widząc to, Shin położył na nim stopę i docisnął mocno, tym razem już krzyknęłam. Usłyszałam jego obłąkany śmiech, im bardziej krzyczałam tym bardziej miażdżył mi rękę, próbowałam chwycić jego nogę drugą wolną ręką, gdy mi się to udało, szarpnęłam z całej siły, której mi mało zostało. Shin absolutnie nie spodziewał się, że zrobię cokolwiek, by bronic się przed jego atakiem.
Upadł na ziemię przez utratę równowagi i uderzył głową w ziemię, pod wpływem adrenaliny szybko wstałam i kuśtykając skierowałam się w stronę lasu, pragnienie przetrwania unosiło moje nogi, dzięki temu stawiałam kolejne kroki na przód. Miałam szczęście, że przetrzymywano mnie na skraju obozu, bo inaczej już ktoś by mnie złapał. Byłam tak blisko tego, aby ukryć się w gęstwinie lasu, moje próby ucieczki jednak były daremne, poczułam szarpnięcie do tyłu, silna dłoń Shina zacisnęła się na mojej szczupłej szyi.
- Nadal będziesz uciekać? Przecież dobrze wiesz, że nie masz szans. - wycedził mi prosto do ucha i puścił.
   Upadłam na kolana, miał rację, głupio robiłam, tylko pogarszałam swoją nędzną sytuację, mimo to ciągle walczyłam, nie dawało to żadnych pożądanych skutków, ale sama świadomość tego, że mu się postawiłam była pocieszająca w znikomych stopniu, ale jednak była. Gajeell nigdy by się nie poddał, walczyłby do końca, wolałby zginać, niż być tak traktowanym, poniżany przez przemoc fizyczną oraz psychiczną.
- Gajeell, jak dobrze, że cię tu nie ma, nie musisz tego oglądać... - wyszeptałam wiatru bawiącemu się w liściach i trawie, był taki beztroski, a przede wszystkim wolny bez żadnych zmartwień. Był on moim powiernikiem w czasie tych dni strasznej męczarni, słuchał mnie uważnie i nigdy nie przerywał, może się to wydawać głupie, ale dzięki temu nie traciłam świadomości. Teraz klęczałam jakby do modlitwy o ratunek, który nie przyjdzie, wiedziałam, że dziś oddycham ostatni raz, obraz mojego ukochanego w głowie, pomagał mi myśleć. Czując zbliżający się mój koniec, prosiłam tylko o to, aby się tu nie zjawił, żeby nic mu się nie stało. Nade mną stał mój kat, widziałam jego cień zlewający się z moim, nie wiedziałam czemu tak długo czeka, czyżby napawał się zwycięstwem, cieszył się, że zaraz dokona egzekucji ?

                       


- Wiesz, trochę żal takiej słodkiej dziewczyny... niewątpliwie jesteś piękna - dotknął moich włosów, chwycił je w dłoń i pociągnął w dół, chciał bym na niego spojrzała.
    Pogłaskał mnie po policzku, bynajmniej nie miał być to czuły gest, chciał abym poczuła, że jestem na jego łasce i niełasce, traktował mnie jako swoją zabaweczkę i tym gestem chciał mi uświadomić swoją chęć do zabawy. Jego dłoń zaczęła dalszą wędrówkę po moim poranionym, ledwo okrytym przez podartą sukienkę, ciele. Zatrzymał się na piersi i ścisnął ją mocno, aż załkałam. Na jego obleśnej twarzy widziałam wzrastające podniecenie, przestraszyłam się go bardziej niż wcześniej.
- Nienawidzę ... cię... - wycedziłam gniewnie, po moich policzkach płynęły łzy.
   Rzucił mnie za plecy, przytrzymał mi ręce za głową, jego wielka dłoń była wstanie utrzymać je tak mocno, że ledwo mogłam nimi ruszyć. Obleśna łapa Shina znalazła się pod moją sukienką, dotykała moich piersi, było to dla mnie przerażające doświadczenie, już nie starałam się ukrywać strachu, krzyczałam imię Gajeella, szlochając wypowiadałam jego imię, w jednym słowie zawarta była cała tęsknota do niego.
- Muszko, już za chwilę zaczniesz krzyczeć moje imię, będziesz błagać bym przestał! - wykrzyczał mi Shin.
     Jego kolano rozchyliło mi uda, ułożył się po między nimi i chwycił za pasek swoich spodni, wiedziałam co się stanie. Opuścił spodnie, chwycił moje udo i przyciągnął do swojego krocza.
- Skarbie, rozluźnij się - zaśmiał się - To od ciebie zależy, jak bardzo to będzie bolec.
- Proszę... proszę... już nie będę uciekała, błagam - szlochałam.
- Już za późno na to... Twoje błagania mnie nie ruszają, nikt nie kiwnie chociażby palcem, aby cię uratować!
- Ja mam inne zdanie - usłyszałam ciepły, mocny głos, ten który słyszałam w swoich snach, w którym zakochałam się już dawno temu.
  Shin gwałtownie stanął na nogi, patrzył w stronę lasu, tam gdzie wcześniej próbowałam uciec. Wszystko, co potem się wydarzyło zamykało się w paru sekundach.
- 
Buława Żelaznego Smoka - krzyknął donośnym głosem Gajeell.

       Tuż przed moimi oczyma mignęła buława z żelaza, która wyrzuciła Shina w powietrze dobre siedem metrów, mój były napastnik przejechał po ziemi jeszcze z trzy i zatrzymał się na wystającym z ziemi metrowym głazie. Na polane wybiegli magowie, zapewne poczuli potężną magie Smoczego Zabójcy i zaniepokoili się. Ustawili się w szyku, było ich dziesięciu, Lucasa nie widziałam wśród nich i dobrze, to nie jego walka, on toczył ją z samym sobą, pewnie był daleko stąd. 

       Przede mną stanął Gajeell i szybko wziął mnie na ręce, zostawił pod drzewem, które miało mnie zakryć przed wrogimi spojrzeniami. Mag  był delikatny w każdym ruchy, on silny i twardy mężczyzna, pogłaskał mnie po głowie, zaskoczył mnie, bo był to bardzo czuły gest. Następnie nie nie mówiąc, wybiegł na polane by walczyć.  Wychyliłam się lekko i w tej chwili do Gajeella dołączył Natsu, a tuż za nim biegła Lucy !
- Ryk Ognistego Smoka - czerwony słup ognia zbił z nóg trzech przeciwników.
    Natsu wziął na siebie niby trojkę magów, ale tuż obok na Lucy namierzało się dwóch, więc chłopak kierując się na swych przeciwników po drodze uderzył także ich, dzięki czemu Maginii miała czas na wybranie klucza i przywołanie jednego z Gwiezdnych Duchów.
- Otwórz Bramę Łucznika - Sagittarius !
       Przed Lucy pojawił się duch, który na wydane polecenie zaczął strzelać do magów, miał świetnego cela, jednego z nich przyszpilił do drzewa, inny mag uciekł przed strzałą, ale na swoje nieszczęście wleciał z impetem na głaz i leżał przy nim nieprzytomny. Dziewczyna na następnego namierzyła się tak zwaną Rzeką Gwiazd, był to bat pochodzący ze Świata Gwiezdnych Duchów, a dokładnie z konstelacji Eridanusa, który świecił  niebiesko - żółtym blaskiem. Bat nawinął się na szyję nieszczęśnika, Lucy pociągnęła go z rozmachem,przez co ten się przewrócił, i nie zapowiadało sie na to, że szybko się podniesie. Maginii była silna, nie którzy by powiedzieli, że na taką nie wygląda, co potrafi komuś porządnie dołożyć. Mylący był jej wygląd, zgrabna blondynka, bardzo ładnie zaokrąglona w odpowiednich miejscach raczej nie budzi po strachu.
- Lucy, zabrałaś mi jednego - wykrzyczał Natsu, który zawsze palił się do walki.
- Oj, nie narzekaj ! - odkrzyknęła do chłopaka, który bez problemu poradził sobie z dwoma magami.
   Teraz siedział na jednym z nich i poklepywał po głowie, było to takie podobne do niego. Uśmiechnęłam się lekko mimo tych strasznych rzeczy, które przeżyłam.
- Słaaabi byli, dlatego wybaczę Ci, że wzięłaś mi mojego.
- Natsu, to też są ludzie, nie możesz ich traktować jak zabawki - Lucy zganiła chłopaka.
   W tym samym czasie jak oni walczyli, obserwowałam również zmagania Gajeella, miał pięciu magów przeciwko sobie.
 - Lanca Żelaznego Smoka !
      Jego ataki chwilami były zbyt szybkie, by mój wzrok to zarejestrował, widziałam natomiast strach mrocznych magów, doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nigdy nie walczyli z kimś tak silnym. Smoczy Zabójcy zawsze będą wzbudzać podziw, ale i postrach, martwiłam się o Gajeella mimo tego.
     Doskonale wiedziałam,w pełni  byłam świadoma, iż jest wstanie wygrać z każdym, jednak ciężko było uspokoić szybko bijące z emocji serce, które bało się o niego. Reagowałam zbyt gwałtownie przy nim, zachowywałam się nieracjonalnie, mój rozsądek w jego obecności leciał na łeb, na szyję i nie miałam nad tym większej kontroli.
     Walka skończyła się bardzo szybko, mroczni magowie ukrywając się przez tyle lat zatracili część swoich zdolności i nie byli żadnym wyzwaniem dla moich przyjaciół. Bardzo mnie to ucieszyło, ale nadal byłam przerażona, nadal widziałam Shina pochylającego się nade mną, pamiętałam jego zapach, przyspieszony oddech, gdyby Gajeell nie zdążył na czas zgwałcił by mnie, ta myśl długo będzie mi towarzyszyć.
     Natsu i Lucy zabrali się za związywanie poturbowanych magów, zostaną oddani tutejszym " stróżom prawa", a ci wyślą ich przed oblicze Najwyższej Rady, gdzie zostaną sprawiedliwie osądzeni. Przynajmniej coś dobrego wyniknie z tej historii, zostaną zamknięci poszukiwani od bardzo dawna mroczni magowie.
    Przymknęłam oczy, usłyszałam czyjeś ciche kroki, zatrzymał się tuż przede mną, bałam się na niego spojrzeć, co miałam mu powiedzieć ? Że przepraszam, ale musiałam uciec, ponieważ palący mnie od środka wstyd nie pozwolił mi zostać ? Może po prostu podziękować i bardziej się nie pogrążać, albo nic nie mówić ?  Co mogłam zrobić ...? Miałam tysiące pytań, wielką pretensję i żal do siebie, to wszystko rozwiał zwykły dotyk, jego dłoń podniosła mój podbródek, wstrzymałam oddech, chciałam, żeby ta chwila trwała wiecznie.

 
                               


- Levy, proszę spójrz na mnie, otwórz oczy, no już - powiedział.

     Powoli uniosłam powieki, zauważyłam, że klęczał przede mną, zrównał swoją twarz z moją, patrzyliśmy na siebie, ja z osłupieniem, nie do końca wierząc w jego obecność, on z ulgą i z czymś jeszcze, ale nie byłam pewna co to było. Jednak na dnie jego oczu czaiła się złość, był zły na mnie.
- Nawet nie wiesz, jak się bałem... co czułem, gdy usłyszałem z daleka twój płacz. -  mówił coraz głośniej, był zły, to na pewno -  Jak mogłaś uciec?! Pomyślałaś o kimkolwiek? O Lucy, Natsu, Erzie ... Jak mogli się poczuć Jet i Droy ?! - krzyczał na mnie, zasługiwałam na to, byłam winna wszystkiemu. - Jesteś tchórzem, miałem o tobie inne zdanie, uważałem cię za mądrą, dojrzałą a przede wszystkim stawiającą czoła największym problemom, kobietę ! Co ci strzeliło to głowy, by uciekać tak o - pstryknął palcami - Nie pozwoliłaś mi na odpowiedz, bo sama uznałaś, że takowej nie mam ?! Czemu uciekłaś ode mnie, czemu nie dałaś mi szansy powiedzieć cokolwiek ?!
     Na te słowa zapłakałam, w tamtym momencie łzy płynęły ciurkiem z mych oczu, cały strach, wszystko złe co mnie spotkało, wypływało ze mnie w postaci słonych kropelek. Wypłakiwałam wszystko co we mnie tkwiło, nie potrafiłam wydusić z siebie ani jednego słowa.
- Levy, przepraszam, poniosło mnie, przecież mnie znasz, tak naprawdę lepiej niż ktokolwiek ...
    Przytuliłam się do jego torsu, chłonęłam jego ciepło, osunęłam się w jego ramiona, nie miałam siły, żeby porządnie się niego wtulić, tak więc, to on przytulił mnie do siebie jak dziecko i wstał, szedł przodem, domyśliłam się, że Natsu i Lucy idą z tyłu razem. Przez niemal całą drogę moje łzy wsiąkały w jego bluzkę, ale Gajeell się tym nie przejmował. W pewnym momencie zaczęłam zasypiać.
- Śpij, Levy... Śpij ....
   Zamknęłam oczy, byłam strasznie zmęczona, więc zasnęłam, przed tym usłyszałam cichy szept, ale nie wiem czy to był sen, czy rzeczywistość.
- Kocham Cię...
    Tak, to musiał być sen.

   


   



sobota, 13 września 2014

Rozdział 6 - Poszukiwania

Znalazłam czas na pisanie ! Chwała Bogu ! Mam nadzieję, że i Wy się cieszycie ;* Czekam na wasze opinie...:(  No dobra ... piszę !!!

                                           

                                              Levy

    Nie wiem ile czasu minęło, od mojej rozmowy z Lucasem, który czasami mi migał między drzewami jak cień. Próbowałam liczyć zachody słońca, jednak las był gęsty a korony drzew bardzo rozłożyste, przez co nigdy nie byłam pewna, czy jest świt, czy to już zmierzch. Byłam bardzo osłabiona, gorąco panujące na wyspie odbierało mi całe siły. Czułam, że mam siniaki na całym ciele, ból, który odczuwałam nie pozwalałam mi spać... Ale jak tu spać? Liny były mocno zaciśnięte wokół mnie i pnia, wpijała się w skórę, jakby i ona chciała bym osłabła. Czasami ktoś z Shado Yosei podchodził do mnie z wodą i zbyt małymi, jak dla mnie kawałkami chleba. Coraz z większym trudem trzymałam głowę ku górze, traciłam kontrolę nad własnym ciałem. " Cholera, żeby tylko ciałem, w zaledwie kilka godzin straciłam kontrolę nad swoim życiem. To zaczęło się już po zwycięstwie turnieju, może nawet wcześniej ...? "  Głowa opadała mi na dół, byłam zmęczona, zasypiałam na kilka minut i budziłam się na każdy głośniejszy dźwięk. Wieczorem, gdy ucichło w ciemnej gildii, pozwoliłam sobie na sen, mimo niewygody. Wiedziałam, że dłużej nie wytrzymam. Zamknęłam oczy, przenosząc się do krainy snów, w której nigdy nie wiadomo, czy coś jest prawdziwe, czy ułudą.

***

- Gajeell ! Gdzie jesteś? Potrzebuję Cię ! - wołałam zrozpaczonym tonem.
   Wokół mnie nie było niczego, nawet nie była to ciemność... Otaczała mnie pustka, czułam się osamotniona, zdana łaskę losu. Skuliłam się, ukrywając twarz z dłoniach, będąc ciągle w tej pozycji usłyszałam ledwo słyszalny szept. Był to ciepły, łagodny głos, miałam wrażenie, że go znam i to bardzo dobrze, jednak nie mogłam sobie przypomnieć. Szept był coraz głośniejszy, nie rozumiem w jaki sposób słyszałam coś w nicości. Zrozumiałam, że cokolwiek lub ktokolwiek to wypowiadał zbliżał się do mnie.
- Levy...
  Levy? Kto to Levy? Czy to osoba? Przed oczami mignął mi obraz szczęśliwych ludzi, obejmujących się, potem widziałam ich coraz więcej. W moich oczach widziałam, że są coraz starsi, a ich więzi coraz silniejsze. Uśmiechali się do mnie, cały tłum wyciągał ku mnie zapraszająco ręce, bałam się podejść, ale wtedy przed zbiorowisko wysunął się chłopak, nie już nie chłopak, mężczyzna. Był cudowny, jak senne marzenie, które jest nie osiągalne.
- Levy - to był ten głos, który szeptał do mnie w pustce.
    Nagle znalazł się tuż przy mojej twarzy, ale nie zbyt wyraźny, jakby za mgłą. Widziałam w oczach nieznajomego niezwykle ciepłe uczucia. Skierowane do mnie ?
- Levy, kocham Cię ...
- Czemu zwracasz się do mnie Levy? I dlaczego wyznajesz mi miłość ?
  Mężczyzna spojrzał na mnie zdezorientowany, jego twarz przysłonił cień smutku, zaczął się odsuwać.
- Czekaj! Nawet nie wiem kim jesteś ! -  krzyknęłam za nim, czując nie zrozumiałą dla mnie tęsknotę.
- Gajeell - powiedział cicho i znikł.
   W moich ust wydarł się przeraźliwy szloch. Jak mogłam o nim zapomnieć?

   Obudziłam się, dyszałam jak po jakimś biegu. W obozie były cicho, tylko paru magów krążyło po obozie, co no ktoś inny prowadził wartę. Nie rozumiałam nic z tego, co mi się przyśniło, może zaczęłam wariować, tracić zmysły ? Coraz bardziej tęskniłam za Gajeell'em, chciałam znów go zobaczyć, a zarazem bałam się, że przeze mnie coś mu się stanie, na pewno już mnie szuka. Co ja sobie myślałam? Byłam lekkomyślna, po praz pierwszy postąpiłam tak głupi, jak idiotka. Może to nie skromne, ale byłam uważana za bardzo inteligentną dziewczynę.
- Przepraszam, przepraszam... - szeptałam cicho w noc.

                                 
                                          Gajeell

- Natsu, Lucy! Szybko, bo zaraz nam odpłynie statek! - krzyczałem na nich zdenerwowany, wiedząc, że nie zasługują na takie traktowanie, ale nie mogłem się opanować.
   Za pięc minut miał odpłynąć statek na wyspę na której, prawdopodobniej przetrzymywali Levy. Już godzinę temu zakupiliśmy bilety, a od jakiś trzydziestu minut obserwowałem Lucy, która chciała przekonać Natsu do rejsu.
- Nieee... błagam! Wiesz, Lucy jak to się skończy!
- Nic Ci nie będzie, zaopiekuję się tobą - Lucy nadal czarowała różowowłosego.
  Wychodziłem z siebie, więc podszedłem do chłopaka i chwyciłem, może zbyt brutalnie za szalik. Nasze oczy się spotkały, w jego widziałem niedowierzanie, w moich zapewne zobaczył złość i zniecierpliwienie.
- Levy może zginąc, jeśli nie popłyniemy tym cholernym statkiem na tą zasraną wyspę... a ty stawiasz opory?!
- Tak, masz racje, zbyt bardzo dramatyzuję. To do mnie nie podobne, ale...
-Wiem, martwisz się, przez to nie potrafisz racjonalnie myśleć.
  Lucy podeszła do smutnego chłopaka i ujęła jego dłoń, ten spojrzał na dziewczynę z wdzięcznością, w jego spojrzeniu kryło się coś więcej. Między nimi wisiały nie wypowiedziane na głos słowa, wiedziałem, że coś się święci. Prędzej czy później odważą się do tego, żeby powiedzieć to głośno.
- Dobra, idziemy - przerwałem im i wszedłem na statek, tuż za mną szła przyszła para, jeśli dobrze myślę, nie długo będą razem. Gdy nie widzieli mojej twarzy, uśmiechnąłem się pod nosem, chociaż oni mają szansę na szczęśliwe życie razem. Tak bardzo bałem się o Levy...

***

   Podróż była dla nas ciężka, Natsu był ledwo przytomny, Lucy szeptała coś do niego, trochę go to uspokajało. Choroba lokomocyjna dawała się we znaki, również mi, jednak strach o pewną magini był silniejszy niż cokolwiek innego. Błagałem w duchu, aby nic jej się nie stało, abym zdążył nas czas. Gdy już byliśmy na lądzie szukaliśmy śladów, którego mogłaby zostawić nam nasza przyjaciółka. Byliśmy w jednym wielkim hotelu, potem w dwóch mniejszych, nigdzie nie było śladu po niebieskowłosej. Rozdzieliśmy się, ja miałem popytać ludzi na plaży, a blondwłosa Magini Gwiezdnych Duchów miała sprawdzić z Natsu jeszcze jeden motel.
- Widzieliście dziewczynę o niebieskich włosach, drobna, dość niska ? - pytałem każdego, kto potykał mi się pod nos.
   Nie wiedziałem co robić, mieli przecież zostawić nam wskazówki, dzięki którym przekazaliśmy by klejnoty w zamian za Levy. Stanąłem na brzegu, fale moczyły mi buty, ale nie przejmowałem się tym wcale. Nagle ktoś dotknął mojego ramienia, odwróciłem się. To była Lucy, która trzymała jakiś plecak, odebrałem go od niej. W środku znalazłem kilka par spodni i koszulek, rzuciłem to wszystko na piasek, na dnie leżały sukienki, które pachniały świeżą limonką, zapachem Levy. Przytknąłem sobie jedną z nich pod nos, drżały mi ręce, gdy zamknąłem oczy miałem wrażenie, że jest tuż obok. Jeśli bardzo się skupię wytropię ją, odnajdę miejsce w którym jest przetrzymywana. Skierowałem się ku drzewom, zakładałem, że dranie ukrywali się głęboko w lesie, tak aby nikt ich nie znalazł. Zrobiłem parę kroków, i to wystarczyło, poczułem zapach słodkiej limonki, pobiegłem tak jak kierował mną nos.
- Biegnę do Ciebie, Levy... już nie długo, będziemy razem.

Gomena !!

Jak widzicie, mój blog jak na razie nie ma porządnego szablonu :( Czekam na niego :( Wiem, że tak głupio wygląda ze zwykłym szablonem :( Ale mam nadzieję, że już nie długo będzie tu ładniej :)